Zanim zaczęłam pisać ten post zastanawiałam się czy sama sobie nie podłoże nogi. Temat dość kontrowersyjny, lub jak kto woli, wręcz przeciwnie banalny. Jestem architektem wnętrz po wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych, tam, gdzie kolory wybuchają na każdym kroku a moim ulubionym zajęciem było malarstwo, które zdecydowanie pozwalało na ekspresje wszystkich emocji, które koniec końców uwieczniałam na płótnie. Jak ognia unikałam powtarzalności i nudy a wszystko było bodźcem do własnych interpretacji. Kolor był ze mną na każdym kroku.

W mojej pracy obserwuję zmieniające się trendy. Nie mniej jednak, do każdego projektu podchodzę indywidualnie i zawsze staram się słuchać potrzeb drugiej strony. O dziwo od jakiegoś czasu, zaobserwowałam iż potrzeby moich Klientów są bardzo podobne jak również pokazywane inspiracje wnętrz… Widząc kolejny raz kopie kopii zastanawiam się kiedy przerwać ten uciążliwy schemat, nie krytykując jednocześnie drugiej strony. Niemal każda rozmowa, zwłaszcza z młodymi osobami prowadzi do trzech słów określających estetykę wnętrz: biel, szarość no i może czerń. Co mnie zawsze zaskakuje zanika nawet pojęcie jak „mój ulubiony kolor”. Zdaję sobie sprawę jak bardzo chcemy uciec od pstrokatych ścian jakie pamiętamy jeszcze z dzieciństwa. Uciekamy jednak w odchłań totalnych szarości.
Co do określenia funkcji i potrzeb też bywa różnie, przecież z reguły mamy tak mało czasu aby poznać siebie i swojego partnera…a dla mnie jednak ma znaczenie, jaką kawę lubi mój mężczyzna, czy potrzebny nam ekspres i czy czasem w łazience nie potrzeba nam drugiej umywalki…

 

Aby nie startować z pozycji przeciwnika, sama przyznam się, że moje pierwsze mieszkanie urządziłam właśnie w podobny sposób, myśląc co prawda ( jak się teraz okazuje) stereotypowo, ale również bardzo zachowawczo. Głównymi motywami popełnionej zbrodni był oczywiście ograniczony budżet i świeżość trendu skandynawskiego, która zamroczyła mój umysł. Jedno z drugim tworzyło niemal idealny duet, spełniający moje oczekiwania na tamten czas.

 

Zastanawiam się jednak, gdzie w tym wszystkim podział się kolor?
Sprawa jest o tyle grubsza, że nie dotyczy ona jedynie wnętrz, ale przekłada się na inne strefy naszego życia od mody zaczynając. Wchodząc do sklepu zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym jesteśmy wręcz zalani falą czerni i szarości. Ten, kto nie jest zdeterminowany, nie znajdzie nic dla siebie w innym kolorze, niż te wyżej wymienione. Moja szafa wcale nie wygląda lepiej, jest przepełniona po brzegi czernią, ale zdecydowania odżywa w okresie letnim i na pierwszy plan wychodzi jednak kolor. Wtedy pozwalam sobie na więcej i niejednokrotnie noszę wszystkie kolory świata razem wzięte.

Zastanawiam się też, jak jest z Waszym podejściem odnośnie dress codu. Czy ludzie ubrani na czarno wydają się Nam bardziej profesjonalni? Czy jesteście w stanie zmienić zdanie na temat profesjonalizmu danej osoby tylko ze względu na kolor ubrań?
Nie chcę wspominać ile razy potraktowano mnie w drogerii jako ekspedientkę ze względu na czarny total look. Sama ostatnio również bacznie obserwuję swoje spostrzeżenia i dochodzę do wniosku że ludzie ubrani kolorowo, czy chociażby z kolorowymi akcentami typu naszyjnik wydają mi się ciekawsi a  ja jestem w stosunku do nich bardziej bezpośrednia i łatwiej nawiązuje z nimi kontakt.


Podzielcie się proszę swoimi spostrzeżeniami, ostatnio ten temat strasznie mnie nurtuje. Tymczasem wracam do swojego szarego mieszkania i czarnej garderoby ale ten post może być dobrym pretekstem aby to zmienić 😉